Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lipca 2019

14. Vi Keeland - Gracz


Tytuł: Gracz
Autor: Vi Keeland
Liczba stron: 392
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

PEŁNA PRZEKORY KUSZĄCA GRA, W KTÓREJ WSZYSTKIE CHWYTY SĄ DOZWOLONE
Niektórzy faceci są po prostu bezczelni. Aroganccy, zawadiaccy i pewni siebie w ten niezwykle irytujący sposób, który kojarzy każda kobieta. Ale przy tym… jakże seksowni. Taki jest Brody Easton. Typowy gracz – przystojny, szalenie męski, a tupet to pewnie jego drugie imię. Z przyjemnością i premedytacją bierze udział w swoistej grze, w której stawką jest dziki seks. Krótkoterminowy cel? Panienka do łóżka.
Delilah, początkująca dziennikarka sportowa po raz pierwszy spotyka Brody’ego w męskiej szatni. Zawodnik jeszcze przed rozpoczęciem wywiadu zdecydował się odsłonić wszystkie karty… I to dosłownie. Nieprzewidywalny i bezpruderyjny, zrzucił przed nią ręcznik przepasający jego biodra. Przed obiektywem. Trudno stwierdzić czy liczył na flirt, czy po prostu chciał zaliczyć. Ale jedno wiadomo – Brody się nie patyczkuje. Znajomość rozpoczęta w taki sposób może potoczyć się różnie…
Fani gorącego romansu sportowego będą zachwyceni. Strony „Gracza” iskrzą od chemii między głównymi bohaterami. Delilah nie jest bardzo zasadniczą osobą, ale jednej reguły twardo się trzyma – nie umawia się z graczami. Jest pewien problem – Brody ma wobec niej inne plany… Męska, kierowana instynktem zdobyczy duma nie pozwoli mu po prostu odpuścić.
Kto odniesie zwycięstwo w tej piorunującej rozgrywce? Wprawiony gracz czy opierająca się jego urokowi dziennikarka? 
KSIĄŻKA, KTÓRA PACHNIE MĘSKIM CIAŁEM, KOBIECĄ NIEUSTĘPLIWOŚCIĄ, DROCZENIEM SIĘ I GORĄCĄ NAMIĘTNOŚCIĄ.

                    W ostatnim czasie na mojej półce zagościło zdecydowanie za wiele pozycji z serii ,, literatura kobieca ''. Nie mam pojęcia, czy skuszenie się na książki dostępne na promocji było dobrym rozwiązaniem, skoro nigdy nie byłam zwolenniczką tego konkretnego gatunku. Nie jestem czytelnikiem wybrednym, ale jednocześnie nie lubię nieustannie powtarzających się schematów, które wśród wielu autorek przebiegają w podobny sposób - pozornie zwyczajna, spokojna, najczęściej samotna kobieta spotyka mężczyznę porównywanego do greckiego boga, którego głównym celem, przynajmniej początkowo, jest zaciągnięcie głównej bohaterki do łóżka. W ostateczności otrzymujemy oczywiście masę uczuć oraz sprzecznych emocji, które najczęściej prowadzą do szczęśliwego zakończenia oraz definitywnego zamknięcia wszystkich wątków poruszonych na przestrzeni tych czterdziestu nie za długich rozdziałów. Nie inaczej było w przypadku książki Vi Keeland pod tytułem ,, Gracz ''.
                    Czytając opis książki, mogłam śmiało przewidzieć ogólny zarys tej historii. Dodatkowo mam brzydki zwyczaj zaglądania na ostatnią stronę, czym zwyczajnie niszczę sobie przyjemność śledzenia wydarzeń w fabule. Tym razem powstrzymałam się od przewertowania kartek, ale nawet to nie przeszkodziło w domyśleniu się, że całość zakończy się szczęśliwym związkiem głównych bohaterów. 
                    Tych możemy poznać dzięki zabiegowi, którego się nie spodziewałam - Gracz to bowiem pierwsza książka, po którą sięgnęłam, jeżeli chodzi o twórczość Vi Keeland - bowiem autorka postawiła na poświęcenie poszczególnych rozdziałów zarówno kobiecej, jak i męskiej postaci, dzięki czemu pewne wydarzenia mogliśmy poznać z dwóch perspektyw. Nigdy nie byłam zwolenniczką skakania po perspektywach, narracjach a nawet zbyt wielu miejscach, dlatego też czułam się zwyczajnie zmęczona. Rozdziały poświęcone Delilah oraz Brody'emu najczęściej się ze sobą przeplatały, w efekcie czego wczucie się w którąkolwiek sytuację nie miało większego sensu, skoro za chwilę i tak musimy przeskoczyć do kolejnego wątku. Książka jest prowadzona w nielubianej przeze mnie narracji pierwszoosobowej, co jedynie podjudzało moje niezadowolenie, zaś moment, w którym kilka rozdziałów zostało poświęconych Willow, byłej dziewczynie Brody'ego, był tym kulminacyjnym, w którym miałam ochotę zakończyć przygodę z tą konkretną książką, nawet jeżeli cała historia sama w sobie była dość lekka i przyjemna, ale z pewnością pozbawiona wszelkiej dramaturgii czy komplikacji, które mogłabym uznać za poważne i warte opisania.
                    Przechodząc jednak do sedna - Delilah to młoda dziennikarka sportowa, która, pnąc się po szczeblach zawodowej kariery i pracując po kilkadziesiąt godzin tygodniowo, w końcu zyskała możliwość przeprowadzenia wywiadu z graczami uwielbianej przez kibiców drużyny. Flirt i uczucie między dziennikarką a sportowcem nie byłyby niczym złym, gdyby tylko ktoś mi wyjaśnił, dlaczego do cholery w tej książce wywiady przeprowadza się w szatni, nie zaś na murawie boiska czy przy zejściu z niego? Rozumiem, że autorka chciała zyskać okazję do zrealizowania tego, o czym mieliśmy okazję czytać na odwrocie książki, gdzie została złożona obietnica zsunięcia z bioder ręcznika przez idealnie zbudowanego i wysportowanego faceta, ale może warto byłoby z tego zrezygnować, jeżeli nie mamy do czynienia z realiami, a zwyczajnym absurdem, który mnie osobiście cholernie raził? Co zabawne - nikt nie wyciąga absolutnie żadnych konsekwencji w związku z frywolnym zachowaniem gwiazdy drużyny, zaś Delilah, jak na profesjonalistkę przystało, jest w stanie zachować pokerową twarz i przeprowadzić wywiad, czym zyskuje w oczach Brody'ego, o którym tak naprawdę nie wiemy za dużo, szczególnie na początku, kiedy jedyne informacje, jakie czytelnik posiada to to, że jest wysportowany, przystojny, obrzydliwie bogaty, swego czasu został odsunięty od drużyny a na dodatek co wtorek bywa w odwiedzinach u jakiejś starszej kobiety i przekomarza się - nie zawsze sensownie - ze staruszkiem kręcącym się w pobliżu. Panujący chaos wcale nie zachęca do tego, by kontynuować przygodę z tym tworem, jednak z czasem wiele się wyjaśnia, pojawiają się bohaterowie z przeszłości i całość prezentuje się nieco jaśniej, ale czy na pewno ciekawiej? Z całą pewnością dogłębne poznanie tych bohaterów jest po prostu niemożliwe, zaś zapewnienia bohaterów o tym, jak doskonale znają siebie nawzajem, również nie brzmią wiarygodnie. Ich wewnętrzne demony i przeszłość dają się we znaki wielokrotnie, jednak nie uważam, aby byli dla siebie swego rodzaju lekarstwem. Nie mam pojęcia, z czego dokładnie to wynika - z braku kunsztu u autorki, braku pomysłu na postaci czy chociażby tego, że momentami obydwoje zachowują się po prostu dziecinnie i niezrozumiale, ale nie potrafiłam przekonać się ani do Delilah, ani do Brody'ego, w efekcie czego losy ich związku a także rozwinięcie całego wątku były dla mnie czymś całkowicie obojętnym, co skończyłam czytać tylko po to, by wiedzieć, czy moje przewidywania się sprawdziły i aby napisać recenzję. Nie uważam zatem, żeby ta książka zapadła mi w pamięć na tyle, abym jeszcze kiedyś do niej powróciła. 
                    Zwłaszcza, że nie brakuje w niej głupich dialogów, zachowań i nieścisłości, czego najlepszym przykładem jest dość niejasne powiedzenie tego, czym właściwie zajmuje się Brody. Ostatecznie jednak udało mi się odkryć, że chodziło o futbol amerykański, ale nawet to nie koryguje niewinnego potknięcia Keeland. W jednym z rozdziałów Delilah wspomina o tym, że jej narzeczony - tragicznie zmarły przed kilkoma laty - brał udział w naborze do drużyny rok po Brody'm. Niedługo potem możemy przeczytać o tym, że grał w piłkę nożną, zaś futbol amerykański i doskonale znany nam, Europejczykom, football to dwie różniące się od siebie znacząco dyscypliny sportowe. Nie wiem, czy to faktycznie błąd autorki, nieścisłość czy może zwyczajny błąd w tłumaczeniu, ale niestety zwracam uwagę na tego typu szczegóły i strasznie nie lubię, gdy tego typu pomyłki pojawiają się w książkach, opowiadaniach czy filmach i serialach. 
                    Poruszone w książce problemy - szczególnie te, z którymi borykali się w przeszłość Willow oraz Brody - są jak najbardziej aktualne i niewątpliwie budzą wiele emocji, ale w przypadku Keeland zostały one przedstawione.. niesamowicie płytko. Jej sposób pisania, styl, dialogi, reakcje bohaterów i wiele innych czynników sprawiło, że nie potrafiłam się tak po prostu wczuć i współodczuwać tego, co działo się w głowach poszczególnych postaci. Nie inaczej było w przypadku wątków erotycznych, na które byłam przygotowana już po samym opisie książki. Może i relacja bohaterów nie opiera się jedynie na seksie, ale same sceny zbliżeń były dla mnie.. głupie. Nie umiem znaleźć innego słowa. Może nie był to absurd zakrawający o ,, 50 Twarzy Grey'a '', ale nie brakowało wulgaryzmów, śmiałych słów i czynów, ale sposób, w jaki zostały opisane, wcale nie sprawił, że czytelnikowi może robić się gorąco od nadmiaru napięcia i chemii między bohaterami. 
                    Zakończenie? Urocze, słodkie, nawet do przewidzenia, może nieco mdłe, ale nie byłam tym zaskoczona, biorąc pod uwagę, że jest to jednoczęściowa opowieść. Cieszę się, że autorka zamknęła wszystkie wątki i zakończyła to w odpowiednim momencie, nawet jeżeli bez fajerwerków. Czy książka jest godna polecenia? Sama nie wiem. Z pewnością jest napisana lekkim piórem, z dozą humoru, ale i infantylnymi momentami, które mogą przeszkadzać. Nie jest to coś, czego oczekiwaliby wybitni krytycy, ale zwyczajny czytelnik, który ma trochę czasu i chce spędzić wieczór nad czymś przyjemnym z pewnością będzie zadowolony, skoro zagłębianie się tutaj w cokolwiek nie ma racji bytu. Książkę czyta się naprawdę szybko, nawet jeżeli nie dzieje się za wiele, więc jeden jesienny wieczór na pewno można na nią poświęcić. 

P.

czwartek, 27 września 2018

12. Cassandra Clare - Władca Cieni



Tytuł: Władca Cieni
Seria: Mroczne Intrygi
Autor: Cassandra Clare
Liczba stron: 848
Wydawnictwo: Mag

Czy oddałbyś bratnią duszę… za swoją prawdziwą duszę?
Życie Nocnego Łowcy to życie w pętach powinności. W więzach honoru. Świat Nocnego Łowcy to świat uroczystych przysiąg, a nie ma ślubów świętszych niż te łączące parabatai – wojowników-partnerów, którzy mają razem walczyć i razem ginąć, lecz nigdy, przenigdy nie wolno im się zakochać.
Emma Carstairs odkryła, że miłość odwzajemniona przez jej parabatai, Juliana Blackthorna, jest nie tylko zakazana, lecz także śmiertelnie niebezpieczna: może zniszczyć ich oboje. Wie, że powinna uciec od Juliana, lecz jakże miałaby to zrobić, gdy Blackthornom ze wszystkich stron zagrażają wrogowie?
Ich jedyną nadzieją jest Czarna Księga Umarłych, magiczny wolumin o ogromnej mocy. Wszyscy chcą ją dostać, ale tylko Blackthornowie są w stanie ją odnaleźć. Emma, jej najlepsza przyjaciółka Cristina oraz Mark i Julian Blackthornowie przybywają do Faerie – gdzie hulaszcze zabawy skrywają krwawe zagrożenie i żadnej obietnicy nie można ufać – by tam zawrzeć mroczny pakt z królową Jasnego Dworu. Tymczasem narastające napięcie między Nocnymi Łowcami i Podziemnymi doprowadziło do wyłonienia Kohorty, grupy ekstremistów wśród Nocnych Łowców, którzy domagają się wprowadzenia obowiązku rejestracji Podziemnych i „niewygodnych” Nefilim. Zrobią wszystko, co w ich mocy, by ujawnić tajemnice Juliana i przejąć władzę nad Instytutem w Los Angeles.
Kiedy Podziemni zwracają się przeciw Clave, pojawia się nowa groźba w postaci Władcy Cieni – króla Ciemnego Dworu, który wysyła swoich najlepszych wojowników z zadaniem wymordowania wszystkich, w których żyłach płynie krew Blackthornów, i przechwycenia Czarnej Księgi. Gdy mordercza pętla zaciska się wokół Juliana, ten opracowuje ryzykowny plan ratunkowy. Jego powodzenie zależy od współpracy z nieprzewidywalnym nieprzyjacielem. Sukces może jednak mieć swoją cenę, której ani on, ani Emma nawet sobie nie wyobrażają; krwawy rachunek, który – być może – przyjdzie zapłacić wszystkim, których kochają.



                     Nie macie pojęcia, jak długo czekałam na drugą część z serii Mrocznych Intryg. Moje uczucia po lekturze pierwszego tomu tworzyły tak niesamowity chaos, że zapanowanie nad nim było możliwe jedynie dzięki poznaniu dalszych losów bohaterów ze świata Nocnych Łowców. Niestety - oczekiwanie na Władcę Cieni nieco ostudziło mój entuzjazm, dlatego też kiedy tylko dopadłam książkę w sklepie i wróciłam do domu z zamiarem pogrążenia się w lekturze, dość szybko uświadomiłam sobie, że nie pamiętam za wiele z tego, co działo się w Pani Noc. W efekcie wszystkiego byłam zmuszona odłożyć na bok coś, na co czekałam tak niesamowicie długo, na rzecz przypomnienia sobie tego, co miało miejsce w pierwszej części cyklu pani Clare. Na szczęście od czasów dorwania w ręce Darów Anioła jestem bezapelacyjnie zakochana w tej konkretnej serii, toteż po raz kolejny pochłonęłam sporych rozmiarów tomisko w zaledwie kilka dni. Nie inaczej było z drugą częścią, od której nie mogłam się oderwać, nawet jeżeli nie wszystko było idealne. 
                     Wydarzenia po raz kolejny zostały umiejscowione w rodzinnym mieście rodziny Blackthornów. Naszych ulubionych bohaterów ponownie spotykamy już na pierwszych stronach, gdzie na miejscowym molo toczą zaciętą walkę z morskim potworem - jednym z wielu, które pojawiły się w okolicy tuż po tym, jak w odmętach oceanu zniknęło ciało Malcolma Fade'a. To właśnie te niepokojące wydarzenia doprowadziły do pojawienia się w Instytucie oddziału Centurionów, których głównym zadaniem było rozprawienie się z niebezpiecznymi istotami oraz odnalezienie zwłok niebezpiecznego czarownika, który zajmował się nekromancją. Wprowadzanie tak wielu postaci na raz nigdy nie należało do grona moich ulubionych zabiegów, zaś w tym konkretnym przypadku autorka naprawdę zaszalała. Zwłaszcza, gdy jednym z przybyłych do Los Angeles gości okazała się być Zara Dearborn, jak się potem okazało, narzeczona Idealnego Diego, co po raz kolejny wprowadziło spore zamieszanie do jego kiełkującej na nowo relacji z Cristiną. Na domiar złego wśród Nocnych Łowców uformowało się zgrupowanie promujące rejestrację wszystkich Podziemnych. Kolejnym problemem okazało się być również oskarżenie Kierana o morderstwo, o czym nasi bohaterowie zostają poinformowani przez wodza Dzikiego Polowania, który od samego początku wykazuje zainteresowanie Dianą. Nocni Łowcy, na czele z Julianem i Emmą, wyruszają zatem do niebezpiecznego świata faerie, skąd zamierzają uwolnić księcia. Na miejscu odkrywają jednak tajemniczą plagę, która wypala poszczególne fragmenty rozległych dolin, jednocześnie sprawiając, że magia Nocnych Łowców nie działa tam wcale. Naciski ze strony Ciemnego oraz Jasnego Dworcu doprowadzają młodych wojowników do momentu, w którym decydują się oni zaangażować się w najważniejszą rozgrywkę toczącą się w książce - pogoń za Czarną Księgą. 
                     Kontynuacja wydarzeń z poprzedniego tomu pozwala nam na nieco bliższe poznanie postaci Kita, który nie jest do końca przekonany o tym, czy aby na pewno powinien pozostać w Instytucie i podjąć się szkolenia na Nocnego Łowcę. Podejmuje nawet próbę ucieczki, jednak rozwijająca się relacja między nim, Ty'em a Livvy jasno pokazuje, że to właśnie bliźniaki stają się osobami bliskimi chłopięcemu sercu, które coraz chętniej rwie się do pomocy oraz wpadania w kłopoty. Mamy również do czynienia z Gwynem, wodzem Dzikiego Polowania, który wyraża coraz większe zainteresowanie Dianą. Dostajemy nieco szerszy obraz Kierana, ale także życia w świecie faerie, ich polityki oraz historii miłosnej Malcolma oraz łowczyni z rodu Blackthornów. Wszystko to powinno układać się w jedną, sensowną całość, jednak podczas czytania nieustannie miałam wrażenie, że czegoś brakowało - jednego, konkretnego bum, które sprawiłoby, że kolejne strony śledziłabym z zapartym tchem tak, jak miało to miejsce w przypadku poprzedniej części. 
                     Niestety - zamiast tego otrzymaliśmy masę nowych bohaterów, którym nie możemy przyjrzeć się z bliska z powodu dynamicznego rozwoju wydarzeń. Wiemy, że istnieje organizacja, o której bohaterowie nie boją się mówić jak o faszystowskiej. Niewątpliwie tego typu wątek mógłby się okazać strzałem w samo sedno, gdyby nie to, że w tym czasie Nocni Łowcy spotykają na swojej drodze tak wiele niebezpieczeństw i problemów, wobec których powinni byli się jednoczyć, nie zaś tworzyć między sobą małe podgrupki, z których najsilniejsza była gotowa doprowadzić do wybuchu kolejnej wojny między rasami. Niewiele wiemy również o samej Czarnej Księdze, która jest obiektem pożądanym przez władców faerie, co w jakimś stopniu spycha wątek jej poszukiwań na dalszy plan. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie również tajemnica skrywana przez Dianę, której kobieta strzegła przez tak długi okres czasu, a która dla mnie okazała się być czymś.. zupełnie niepotrzebnym. Nie w świecie Nocnych Łowców. Odniosłam wrażenie, że Clare chciała mocno zszokować czytelników i owszem - udało się to - ale mam wrażenie, że poszło to w zupełnie odmiennym kierunku od tego spodziewanego, w efekcie czego sama czułam zwyczajne zniesmaczenie. 
                     Dobrze uwypuklone zostały jednak relacje między bohaterami - przynajmniej częściowo. Zaszyci w dawnym domku Malcolma Emma oraz Julian musieli nieustannie walczyć z uczuciami, jakie względem siebie żywili. Podejmowane próby osłabienia ich magicznej więzi okazały się być jednak niewystarczające, dlatego też po raz kolejny pozwalali sobie oni na chwile słabości. I chociaż osobiście mam słabość do tego typu wątków - zakazana miłość skrywana przed światem, bo kto tego nie kupuje? - to jednak po lekturze miałam naprawdę spory niedosyt, którego wyjaśnić nie potrafię, ale który nadal istnieje. Z jednej strony lubię tego typu dramaty, zaś z drugiej chyba dużo lepiej poczułabym się, gdybym w końcu mogła poczytać o tym, jak kochankowie wyznają prawdę swoim najbliższym. Zamiast tego otrzymujemy niepotrzebne budowanie napięcia, tak, jak miało to miejsce chociażby w przypadku informacji o tym, że to Julian, nie zaś wuj Arthur, przez długie lata zajmował się prowadzeniem Instytutu. 
                     Dużo bardziej podobały mi się zatem sceny, w których występowali Kit, Ty oraz Livvy. Widać było, że ta trójka dobrze się ze sobą czuła, nawet jeżeli były to indywidualności całkowicie się od siebie różniące. Po raz kolejny rozczarowała mnie jednak postać Dru, na którą autorka chyba nie do końca ma jakikolwiek pomysł, ale niestety - takie właśnie są efekty prowadzenia kilkunastu bohaterów. Ktoś zawsze musi być poszkodowany.
                     Poszkodowana, według mnie, była zatem również Anabelle, po pojawieniu się której spodziewałam się zdecydowanie czegoś więcej. Wątek całkowicie mnie rozczarował, szczególnie, że to właśnie porozumienie się z przywróconą do życia łowczynią było jednym z głównych celów naszych bohaterów. Ulotne wykorzystanie jednego z młodszych członków rodziny było zabiegiem ciekawym, ale nie na tyle, bym nabrała do tej postaci jakiejkolwiek sympatii, zwłaszcza po wydarzeniach z ostatnich stron, kiedy to musieliśmy pożegnać jednego z Blackthornów. To niewątpliwie mogłoby być zaskoczeniem, nawet jeżeli dookoła panował całkowity chaos, którego pojawienie się niewiele miało wspólnego z logiką, jednak wybór ofiary, do której nawet ja nabrałam nieco większej przekonania, był ciosem prosto w serce. 
                     Książka zła sama w sobie nie była, nawet jeżeli niektóre dialogi czy wyrażenia pozostawiały sporo do życzenia, w efekcie czego niektóre linijki tekstu musiałam śledzić wielokrotnie, aby zrozumieć, co dokładnie się działo. Nie przepadam za nieustannym skakaniem po miejscach, dlatego też lawirowanie między domkiem Malcolma, Londynem a krainą Nocnych Łowców było dla mnie męczące prawie tak samo jak nieustanne powroty pierwotnych bohaterów z serii o Nefilim - Clary, Jace czy Magnus i Alec. Im więcej muszę o nich czytać, tym mocniej się do nich zniechęcam, a przecież autorce na pewno nie o to chodziło. Lektura nie pozostawiła mnie w całkowitym szoku, nie jestem tak podekscytowana jak byłam po pierwszym tomie, ale niewątpliwie czekam na kolejny, by poznać rozwój wydarzeń, nawet jeżeli te nie zawsze są spójne. 


P.

niedziela, 16 września 2018

11. K.N. Haner - Zapomnij o mnie



Tytuł: Zapomnij o mnie 
Autor: K.N. Haner 
Liczba stron: 407
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece 


Pierwszy gorący tytuł New Adult od bestsellerowej autorki K.N. Haner!
Przeprowadzka do Nowego Jorku jest dla 28-letniego Marshalla szansą na odcięcie się od dawnego życia i błędów, które popełniał w młodości. Nowa praca, nowe miejsce, nowe życie. Kiedy Marshall dowiaduje się, że para studentów szuka współlokatora, nie zastanawia się długo i w ten sposób poznaje piękną Sarę.
Dziewczyny nie odstraszają tatuaże i groźny wygląd Marshalla, wręcz przeciwnie, zaczyna go prowokować i budzić w nim uczucia, których nie wzbudziła w nim dotąd żadna kobieta. Okazuje się jednak, że Sara skrywa wiele sekretów i że wkrótce wciągnie Marshalla w niebezpieczną grę.
Odkrywając kolejne tajemnice Sary, chłopak szybko zrozumie, że dziewczyna jest na krawędzi i że potrzebuje pomocy. Jednak w tej grze pozorów i sekretów nie będą sami.
Czy dziewczyna, która rozpaliła jego ciało, zdobędzie też jego serce?


                    Zachęcona promocjami oraz naprawdę uroczą okładką zdecydowałam się na kupno tej konkretnej książki jako części hurtowego zamówienia. Początkowo nie byłam pewna czy chciałabym zacząć właśnie od tej konkretnej pozycji, ale kiedy przysiadłam do niej około szóstej wieczorem, nie byłam w stanie oderwać się aż do dwudziestej trzeciej, czyli aż do momentu, w którym nie zapoznałam się z ostatnią stroną. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem pochłonęłam książkę w zaledwie jeden wieczór, ale nie żałuję i wiem, że czas spędzony w ten sposób nie był tym straconym, nawet jeżeli styl pisania K.N. Haner nijak ma się do tego, który by mi w pełni odpowiadał, tak samo zresztą, jak sam gatunek - New Adult nie przemawia do mnie tak mocno jak zwyczajna młodzieżówka czy coś zakrawającego o fantasy. Przed lekturą książka była mi znana jedynie jako nowość z opowieści znajomych, jednak teraz wiem, że twór na pewno trafi do grona moich ulubionych, mimo iż tak mocno odbiega od moich dotychczasowych upodobań literackich.
                    Pierwsze strony dają nam możliwość poznania Marshalla - mężczyzna przed trzydziestką pojawił się w Nowym Jorku, aby rozpocząć zupełnie nowy etap w swoim życiu, z dala od rodzinnego Dallas oraz piętrzących się problemów związanych z trudną przeszłością. Dzięki uprzejmości znajomego z pracy - Asha - trafił on do mieszkania młodego, studiującego rodzeństwa - prostolinijnego Matta oraz jego tajemniczej, mającej obsesję na punkcie prywatności Sary. Początkowe dziwactwa i nietypowe zachowanie dziewczyny nie przeszkadzają bohaterom w nawiązaniu romansu, który - w mojej opinii - rozwinął się zdecydowanie za szybko jak na tej grubości książkę. Na szczęście autorka nie zamierzała zanudzić nas nieustannymi schadzkami nowych współlokatorów, dlatego też z każdą kolejną stroną oraz następnym rozdziałem Marshall miał okazję poznać nieco więcej szczegółów z życia dziewczyny. Trwający od kilku lat związek z Jace'm, który dla rodziców studentki był idealnym kandydatem na zięcia, wcale nie był tak doskonały, jak mogłoby się wydawać, zaś kiepska kondycja psychiczna Sary była nierozerwalnie związana z zależnością finansową rodziny od jej partnera, co doprowadziło do wielu desperackich decyzji, poświęceń i konieczności bycia posłuszną. Główny bohater, kierowany ciekawością, ale przede wszystkim pogłębiającymi się uczuciami do dziewczyny, stara się jej pomóc, jednak, jak sam zauważa, nie można tego zrobić względem kogoś, kto nie chce być uratowany i kto przyzwyczaił się do takiego sposobu życia. 
                    Po serii niefortunnych zdarzeń, wielokrotnych zbliżeń, wielu tajemnic i kłamstw Marshall zdecydował się na opuszczenie studenckiego mieszkania. Schronienia udzielił mu niezastąpiony Ash, który wraz ze swoją żoną - Missy - również borykał się z wieloma problemami życia codziennego i małżeńskiego. I kiedy zdaje się, że jedynym stałym punktem w życiu mężczyzny jest praca, ratuje on z pożaru nieznajomą dziewczynę, z którą nawiązuje rozmowę w szpitalu, co w efekcie okazuje się być początkiem kolejnej obiecującej znajomości. Zniechęcony dotychczasowymi doświadczeniami z Nowego Jorku Shall trzymał Emily na dystans, jednak młoda, atrakcyjna, będąca całkowitym przeciwieństwem Sary studentka nie rezygnowała z walki o uczucia mężczyzny, nieświadoma tego, że dla niego nadal liczyła się jedynie dawna miłość. Niespodziewanie codzienność bohatera została przewrócona do góry nogami, zaś w życie uczuciowe wkradł się nieznany dotychczas chaos, który zmusił do wyboru między dziewczynami tak się od siebie różniącymi, ale jednocześnie tak bliskimi męskiemu sercu.  
                    Jestem prawie pewna, że w tej krótkiej notce i tak nie poruszę wszystkich aspektów, na które zwróciłam uwagę podczas czytania, jednak postaram się wypunktować jak najwięcej z tego, co Haner nam oferuje. Po pierwsze są to niewątpliwie bohaterowie; mimo początkowego sceptycyzmu względem opowieści snutej przez Marshalla, polubienie tej postaci jest jedynie kwestią czasu. Prosty chłopak z pozornie normalnego domu, który ze względu na traumatyczne wydarzenia z przeszłości odciął się od swojej rodziny i spróbował życia na własną rękę w zupełnie nowym, obcym dla siebie miejscu. Czytamy o jego zamiłowaniu do motocykli, o umiejętnościach kulinarnych oraz pragnieniu znalezienia kogoś, kto nie spoglądałby na niego przez pryzmat wypadku sprzed lat. Nie jest to bohater z serii tych zamożnych, chodzących w dobrze skrojonych garniturach i mających grupę oddanych ludzi będących na każde jego skinienie, ale jednak wzbudza w czytelniku tak ogromne pokłady sympatii oraz współczucia, że nie istnieje możliwość ocenienia go w sposób negatywny. Niestety nie mogę tego powiedzieć o Sarze, która od samego początku nie wzbudziła we mnie żadnych ciepłych uczuć, nawet jeżeli zasługiwała na odrobinę wyrozumiałości. Autorka poprowadziła bohaterkę tak nieumiejętnie, że - po zapoznaniu się z profilem Marshalla - sama byłam tym zaskoczona. Nie mam pojęcia, jakim cudem można stworzyć postaci tak cholernie od siebie różne i zestawić je w jednej książce, gdy chodzi o odczucia czytelnika. Trudna przeszłość, skomplikowany związek, brak pomocy z czyjejkolwiek strony - to właśnie te czynniki determinowały zachowania oraz decyzje Sary, jednak to nadal nie były powody, dla których mogłabym ją polubić. Właściwie jestem zdania, że kobiece postaci w tym przypadku zupełnie nie wyszły. Emily, będąca całkowitym przeciwieństwem Sary, cechowała się przede wszystkim dobrocią, wyrozumiałością, dobrocią i ogromnymi pokładami zaufania względem drugiego człowieka. W przypadku tej konkretnej postaci Haner znów poszła odrobinę za daleko, robiąc z niej naiwną gówniarę, która ostatecznie prezentowała się jako będąca na każde skinienie Marshalla nastolatka. Z drugiej jednak strony nie spodziewałam się miłosnego trójkąta, którego rozwiązanie zostało załatwione ostatecznie, w efekcie czego mam pewność, że chociaż do tego konkretnego wątku autorka już nie powróci.
                    Nowy Jork zdawał się być miejscem tak wymęczonym w poszczególnych książkach, że kolejna akcja rozgrywająca się w tym konkretnym mieście nie zapowiadała się zbyt zachęcająco. Autorka zrezygnowała jednak z obszernych opisów okolicy oraz miejsc znanych czytelnikom z wielu innych dzieł. Co więcej - skupiła się na najbliższym otoczeniu postaci, ich uczuciach oraz rozgrywanych wydarzeniach, dzięki czemu nie otrzymaliśmy kolejnego tasiemca z opisem nocnej panoramy Mahattanu. 
                    Budowane przez Haner napięcie było raczej średnio przemyślane, jednak na tyle intrygujące, że po prostu chciało się jak najszybciej poznać dalsze losy postaci. Niestety - nie zabrakło również błędów logicznych ( lub może boli mnie brak wyjaśnienia pewnych kwestii ); najlepszym tego przykładem jest kilka ostatnich stron, kiedy z rozdziału poświęconego opowieści z perspektywy Sary możemy wyczytać, że swój prowadzony przez lata pamiętnik wysłała do starszego brata, zaś niedługo potem czytamy o tym, że notes wraz z listem został przesłany do Marshalla oraz związanych z pisownią niektórych wyrazów - niedopatrzenia pokroju zawszę albo po jedziemy nie są czymś, co na pierwszych stronach książki zachęca do dalszej lektury. Jeżeli jednak jakoś przetrwamy tych kilka  kartek to rozwój wydarzeń i przebieg fabuły w jakimś stopniu wynagradzają nam te drobne przeoczenia, w efekcie czego ciężko wyłapać kolejne błędy - albo ich tam nie ma, albo zwyczajnie nie zwracamy na nie zbyt dużej uwagi. Język jest prosty, sporo opisów, ale bez przesady, dzięki czemu płynnie przeplatają się one z nie zawsze sensownymi dialogami. Nigdy nie przepadałam za książkami w narracji pierwszoosobowej i moje stanowisko w tej sprawie raczej się nie zmieni, ale niewątpliwie ta konkretna należy do grona tych, dla których jestem w stanie zrobić wyjątek i zwyczajnie się przemęczyć, nawet jeżeli ciężko tu mówić o jakimkolwiek nakładzie sił podczas czytania. Lektura była przyjemna, lekka, może nieco niepotrzebnie rozciągnięta w czasie przez niektóre wydarzenia, ale całość oceniam jak najbardziej na plus. 
                    Wbrew wszelkim pozorom oraz negatywnym aspektom wymienionym powyżej książka naprawdę mi się podobała. Może nie było to dzieło warte jakiejś literackiej nagrody, ale niewątpliwie nie żałuję wieczoru spędzonego z tego typu tworem. Zdecydowanie będę tęsknić za Marshallem, jego rozterkami oraz przyjaźnią, jaka narodziła się między nim, Ashem oraz Missy, ale jednocześnie cieszę się, że wydarzenia zostały definitywnie zamknięte, a zakończenie jest na tyle satysfakcjonujące, by z postaciami pożegnać się z uśmiechem na ustach. 

P.

środa, 12 września 2018

10. Richelle Mead - Ostatnie Poświęcenie


Tytuł: Ostatnie Poświęcenie 
Seria: Akademia Wampirów
Autor: Richelle Mead
Liczba stron: 544
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Podejrzewałam, że ktoś mnie wrobił. W zbrodnię, której nie popełniłam. I nie chodziło o błahostkę, lecz o zabójstwo. Nie zrozumcie mnie źle. Zabijałam wiele razy. Złamałam niejedną zasadę (a nawet prawo). Z całą pewnością jednak nie byłam królobójczynią. 
Nigdy dotąd Rose nie miała takich kłopotów. Zawsze myślała, że zginie w walce. Tymczasem wygląda na to, że zostanie stracona i nie może liczyć na sprawiedliwy proces. Dla królobójczyni nikt nie ma litości… A burzliwa przeszłość dziewczyny świadczy przeciwko niej. Na szczęście Rose zostali jeszcze oddani przyjaciele, którzy muszą pomóc jej w ucieczce z więzienia, a także Dymitr. Czy po powrocie do świata żywych chłopak na nowo nauczy się kochać?


                    Ostatnie Poświęcenie to ostatni już tom z serii o przygodach młodej dampirki oraz jej najlepszej przyjaciółki. Jak już wspominałam wielokrotnie - zawsze bardzo chętnie powracam do tych książek, kiedy tylko mam nieco więcej wolnego czasu. Nie dbam ani o znajomość kolejnych wydarzeń, ani tym bardziej o to, że w końcu mogłyby mi się one znudzić. Mam wrażenie, że to jedna z tych serii, do których wraca się z przyjemnością oraz sentymentem, z której za każdym razem czytelnik może wyciągnąć nieco więcej szczegółów i informacji niż poprzednio. Oczywiście, nie jest to literatura przeznaczona dla wybrednych krytyków, jednak niewątpliwie lekkie pióro i młodzieńcze problemy w świecie wampirów są dobrym sposobem na spędzenie wolnego czasu i przeniesienie się na moment do innej, często niesamowicie skomplikowanej rzeczywistości, z której nie da się tak po prostu wyrwać. 
                    Nie inaczej było tym razem, kiedy to Rose, oskarżona o zabójstwo królowej Tatiany, została umieszczona w więziennej celi, z której ucieczkę zorganizowali dla niej najlepsi przyjaciele oraz rodzina. Mimo to - nadal była poszukiwana, dlatego też jak najszybsze oddalenie się od królewskiego dworu było jedyną szansą na przetrwanie. I to dosłownie, wszak karą za zabójstwo władcy nie było dożywotnie więzienie, ale śmierć. Gdy dampirka, której towarzyszył Dymitr oraz Sydney znana nam już z poprzednich części, ukrywają się i próbują poskładać poszczególne części zagadki, na dworze poruszana jest kwestia wyboru nowego władcy. Niespodziewanie jedną z kandydatek do objęcia tronu stała się Lissa, która miała prawo do przejścia wszystkich prób, nawet jeżeli nie mogłaby zostać koronowana, skoro nie posiadała jeszcze jednego członka swojej rodziny. Nawet w tym przypadku Mead nie pozwoliła nam na lekki niedosyt i rozczarowanie związane z księżniczką - na pomoc przybył przecież Viktor Daszkov, który posiadał informacje o nieślubnym dziecku Erica Dragomira - ojca Lissy. Dostaliśmy zatem wiele różnorodnych wątków - miłosny trójkąt, życie panny Karp po przemianie w strzygę i powrocie do swojej wampirzej postaci jako morojki, kłopoty z braćmi Daszkov i intrygi na królewskim dworze. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, tym razem autorka skupiła się na ostatniej kwestii. Polityka morojów została co prawda przedstawiona w sposób sensowny i jak najbardziej spójny, czytelnik dowiaduje się wiele o funkcjonowaniu świata wampirów poza murami szkoły a na dodatek poznaje kolejną społeczność, która żyje zupełnie inaczej niż znani nam bohaterowie, jednak porzucenie pozostałych wątków na rzecz rozbudowanych opisów wyborów, prób, ich zasad i koronacji nowego króla lub królowej okazało się być zabiegiem, który mnie osobiście nudził, dlatego też przez kolejne strony przebrnęłam z trudem. Nie przepadam za fabułami, które skupiają się wokół walki o władzę, zwłaszcza, jeżeli mam świadomość, że to wszystko i tak skończy się dobrze - bez względu na to czy czytam książkę po raz pierwszy, czy dziesiąty.
                    Względem bohaterów mam raczej mieszane uczucia; po raz kolejny mieliśmy okazję śledzić postać Sydney, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy zapragnie tego zarówno autorka, jak i ojciec Rose. Ratując z opresji przyjaciół, bohaterka nie daje nam zbyt wielu okazji do tego, by dowiedzieć się czegoś więcej o niej, nad czym naprawdę mocno ubolewam. Początkowo sceptycznie podeszłam również do postaci Sonii Karp, która w poprzednich częściach była przedstawiana jako niezrównoważona morojka władająca mocą ducha i która z własnej woli przemieniła się w strzygę. I tak, jak przemianę Dymitra w dampira byłam w stanie zrozumieć, tak nie potrafię pojąć logiki, jaką kierowała się autorka, gdy Sonia również na nowo stała się morojem. W świecie, gdzie strzygi sieją spustoszenie, zaledwie garstka osób wie o możliwości przemieniany potwora w jego pierwotną postać i nikt nie próbował rozpowszechnić tych informacji? Rozumiem, że moc ducha była żywiołem niemalże wymarłym i zapomnianym, ale mam dziwne wrażenie, że w tym przypadku Mead poszła zwyczajnie na skróty. 
                    Niewątpliwie jednak na to, by o nim wspomnieć, zasługuje ten nieco zepchnięty na dalszy plan wątek romantyczny. Dymitr i Rose, okłamujący siebie nawzajem, starają się udawać, że absolutnie nic ich już nie łączy, zaś wspólna wyprawa nie może przywrócić tego, co utracili bezpowrotnie. Z biegiem wydarzeń jednak obydwoje przekonują się o tym, że uczucia nie zniknęły, zaś oni nadal posiadają tę wyjątkową więź, która sprawia, że są w stanie poświęcić dla siebie wszystko. Tym razem nie zabrakło jednak również wątku miłosnego trójkąta, w którym Hathaway staje przed trudnym wyborem mężczyzny, z którym chce zostać - czy będzie to pochodzący z bogatego, królewskiego rodu Adrian, który z wiecznie pijanego amanta stał się facetem pragnącym być wartym uczuć Rose, czy może jednak Dymitr, jej młodzieńcza miłość, pierwsza i cholernie emocjonalna, ale niewątpliwie jak najbardziej prawdziwa? Od kilku części mogliśmy obserwować przemianę uczuć młodej dampirki, która z wybuchowej nastolatki stawała się dojrzałą, dzielną kobietą gotową walczyć o miłość ukochanego. Niewątpliwie dojrzały również uczucia względem dawnego instruktora. Nie ma tu już miejsca na ukradkowe spojrzenia, dziecinne pretensje czy fantazje przyprawiające o rumieńce na policzkach, co naprawdę przypadło mi do gustu. Żal mi chyba jedynie Adriana, którego wewnętrzna przemiana również zrobiła na mnie spore wrażenie. 
                    Zakończenie było możliwe do przewidzenia. Chyba żaden autor nie zakończyłby książki przeznaczonej typowo dla młodzieży w sposób na tyle okrutny, by którykolwiek z głównych bohaterów pozostał nieszczęśliwy. Lissa jako królowa, której przyrodnią siostrę ostatecznie udało się odnaleźć, Rose oczyszczona ze wszystkich zarzutów, Dymitr bez poczucia winy i zdecydowany na to, by zostać ze swoją ukochaną oraz cała reszta bohaterów, którzy w końcu mogli odetchnąć z ulgą. Oczywiście nie obyło się bez ofiar, ale te - w perspektywie pozytywnych wydarzeń - nie były czymś bardzo przygnębiającym. Sam wątek zabójstwa królowej został rozwiązany, zaś ja nie czułam żalu związanego z tym, kto okazał się być mordercą. Ciężko tu mówić o tym, że wszyscy żyli długo i szczęśliwie, ale niewątpliwie zyskali nadzieję na nowe, lepsze jutro.
                    Jak podsumowałabym całą serię? Chyba sama nie potrafię znaleźć odpowiedniego słowa, adekwatnego do moich odczuć. Żywię względem tych książek ogromną słabość, przywiązałam się do bohaterów, przeżywałam wszystkie ich przygody oraz emocje, kibicowałam im w podejmowanych decyzjach i z jednej strony chciałam, aby wszystko skończyło się dobrze, zaś z drugiej.. chyba nie miałabym nic przeciwko, gdyby zakończenie smakowało nieco bardziej gorzkawo. Ostatecznie jednak mogę śmiało powiedzieć, że jestem całkowicie zakochana w Akademii Wampirów i jest to jedna z niewielu książek, w których narracja pierwszoosobowa nie gryzie mnie tak mocno jak ma to miejsce zazwyczaj - nawet ukochanych Igrzysk Śmierci nie darzę tak ogromną sympatią. Na pewno zatem za jakiś czas znów powrócę do Akademii św. Władimira, a na razie zabieram się za kolejne zalegające na półkach pozycje. 


P.

piątek, 7 września 2018

8. Richelle Mead - W mocy ducha


Tytuł: W mocy ducha
Seria: Akademia Wampirów
Autor: Richelle Mead
Liczba stron: 488
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 



Po straceńczej wyprawie na Syberię Rosę Hathaway wróciła do domu, do Akademii Świętego Władimira. Czekają ją końcowe egzaminy i życie poza bezpiecznymi murami szkoły. Tego od zawsze pragnęła, ale trudno jej się cieszyć ze świadomością, że on gdzieś tam jest. Dymitr, którego niegdyś kochała i którego nie zdołała zabić. Dziewczyna nie może też zapomnieć, że istnieje sposób, by pomóc ukochanemu. Jednak wiąże się on z podjęciem straszliwego ryzyka.

Czy za miłość warto zapłacić każdą cenę?



                    Kolejna część z serii o przygodach dampirki Rose oraz jej przyjaciółki Lissy nie rozczarowała, ale jednocześnie ciężko mówić w tym przypadku o jakichkolwiek fajerwerkach, wszak wiele wydarzeń uważnie śledzący poszczególne rozdziały czytelnik może dość łatwo przewidzieć, co w jakimś stopniu odbiera radość z kartkowania kolejnych stron. Niestety - sam opis tego konkretnego tomu skutecznie nakierowuje odbiorcę na pewien tor, z którego łatwo możemy wywnioskować, że tuż po zakończeniu szkoły Rose będzie borykać się z problemami, których nie rozwiązała podczas pobytu w Rosji, gdzie jej głównym zamiarem było odnalezienie Dymitra i zabicie go, co, jak się okazało już na samym początku, nie zostało zrealizowane w sposób skuteczny. 
                    Rose powróciła do Akademii Świętego Władimira w celu ukończenia szkoły, zdania końcowych egzaminów i odebrania dyplomu, które dawały jej prawo do stania się prawdziwą strażniczką. Kilka pierwszych stron tej części Mead poświęciła właśnie opisowi przygotowań do tego wielkiego dnia oraz samemu przebiegowi egzaminu, w którym - chyba nikt nie jest zaskoczony - Rose poradziła sobie najlepiej ze wszystkich, tym samym dając niezłe widowisko wszystkim zebranym gościom. Moje mieszane uczucia względem tej bohaterki nie mogłyby zatem pozostać bez echa, skoro autorka po raz kolejny daje czytelnikom do zrozumienia, z jak niesamowitą postacią mamy do czynienia i jak ogromnym talentem dysponuje panna Hathaway. Niestety, czytanie po raz kolejny o jej wielkich wyczynach oraz tym, jak świetnie radzi sobie w każdej sytuacji, stało się dla mnie męczące już po pierwszej, góra po drugiej książce. Zawsze doceniałam bohaterki silne, samodzielne i takie, które potrafiły radzić sobie w wielu sytuacjach, jednak posiadały wady, które ładnie uzupełniały się z pozostałymi cechami. Oczywiście Rose również posiada sporą rozbieżność charakteru, jednak Mead ewidentnie przychyla się w kierunku tej pozytywnej strony, gdzie dampirka bryluje swoimi umiejętnościami w walce. Osobiście miałam dość czytania o tym, jak cudownie Rose sobie radzi i z jak ogromnym szacunkiem spoglądają na nią wszyscy dookoła. Chociaż owy egzamin miał zaważyć na jej przyszłym życiu oraz przydziale moroja, nad którym miała sprawować opiekę, nie miałabym nic przeciwko, gdyby przejście toru przeszkód wypadło tym razem średnio, może nawet słabo, w efekcie czego sprawa przydziału do Lissy zostałaby nierozstrzygnięta. 

                    Odebranie dyplomów łączyło się zatem z opuszczeniem murów akademii w stanie Montana; nad tym ubolewam najbardziej. Chociaż poprzednia część obfitowała w wiele opisów rosyjskiej kultury, krajobrazów oraz klimatu panującego na mroźnej Syberii, to jednak nigdy nie przepadałam za sposobem, w jaki Mead przedstawiała kwestie podróży czy zmian otoczenia. Niestety - w tej części mamy tego całkiem sporo, bowiem po opuszczeniu szkoły Rose z przyjaciółmi udała się na królewski dwór, zaś potem w szaleńczą wyprawę, której celem było uzyskanie informacji o możliwości przywrócenia Dymitra do postaci dampira. Mamy zatem Alaskę, Vegas, a na sam koniec ponownie królewski dwór. Mam względem tego mieszane uczucia, jednak staram się przymknąć na to oko - czymś bezsensownym byłoby przecież nieustanne zamknięcie postaci w budynku szkoły, chociaż niewątpliwie autorka od pewnego czasu skutecznie mknęła ku zamknięciu wszystkich kwestii związanych z Akademią, przez co czytelnicy dostawali nieco więcej informacji o samym świecie morojów oraz dampirów, ich hierarchii, sposobie rządzenia i całej masie innych spraw, które często zahaczały o politykę. Do mnie niestety nie trafiło to tak, jak powinno - mam wrażenie, że w tym przypadku pewne wątki, jak chociażby Dymitr pod postacią strzygi, powinny zostać zamknięte już w poprzedniej części. Może nawet ta mogłaby się stać ostatnią? Z całą pewnością wszyscy czuliby niedosyt, gdyby Rose faktycznie go zabiła, po czym wróciła do szkoły i zdała egzaminy, jednak stało się inaczej, w efekcie czego otrzymujemy dość mocno rozwleczoną historię, poruszone kolejne wątki oraz takie, które w żaden sposób nie są interesujące.

                    Nie brakuje również absurdów pokroju grupki nastolatków, którzy włamują się do najlepiej - przynajmniej pozornie - strzeżonego więzienia w świecie morojów, z którego uwalniają jednego z najgroźniejszych przestępców, przeciw któremu sami zeznawali w procesie. Rozumiem zamysł, jednak wydarzenia bezpośrednio związane z Wiktorem skutecznie popsuły w moich oczach obraz Rose, która do tej pory zawsze rezygnowała ze wszystkiego na rzecz morojów, zaś obecnie przeszła swego rodzaju przemianę, w efekcie której jest gotowa zrezygnować ze wszystkiego i zaryzykować, by uzyskać informacje o czymś cholernie niepewnym. Samolubne podejście nijak pasuje do bohaterki, która od samego początku była przedstawiana jako wierna, oddana przyjaciółka i strażniczka, której od dziecka wpajano zasady z serii ,, oni - moroje - są najważniejsi ''. Nie inaczej jest w przypadku Lissy, której, jak wiadomo, nie darzę ogromnymi pokładami sympatii. W tej części to nie uległo zmianie, zważywszy na fakt, że Mead po raz kolejny próbuje nas przekonać o jej dobrym sercu i łagodnym usposobieniu. Niestety, natłok bohaterów, których przybywa jedynie po to, by zaraz potem mogli zginąć, uniemożliwia skupienie się na niegdyś istotnych postaciach - mam wrażenie, że Adrian został sprowadzony jedynie do roli nowego chłopaka Rose, który mógł odwiedzać jej sny i pomagać w kryzysowych sytuacjach, zaś Christian stał się dawnym kochankiem księżniczki Lissy, ubolewającym nad ich rozstaniem i snującym się nieustannie po pałacowych korytarzach. Ubolewam nad tym nieustannie, bowiem im bardziej zagłębiam się w tę serię, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że męscy bohaterowie są dużo ciekawiej skontrułowani i mają do powiedzenia historie dużo ciekawsze niż ich partnerki czy koleżanki. 

                    Jak już wspomniałam - samo zakończenie nie było zaskakujące. Przynajmniej połowicznie - kiedy na jaw wyszły informacje o sposobie na odmianę strzygi, byłam pewna, że to właśnie Lissie przypadnie w udziale uratowanie duszy Dymitra. Nie spodziewałam się jedynie konsekwencji z tym związanych; dawny strażnik stał się nagle oddany jedynie księżniczce, w efekcie czego odrzucił uczucia Rose. To było ciekawe, ale jednocześnie mocno krzywdzące dla postaci, która zrobiła dla niego tak wiele. Oczywiście, to problem potrzebny do dalszego rozwoju akcji, by w kolejnej części ona i Bielikov mogli się na nowo odnaleźć, jednak ja czułam swego rodzaju niesmak związany z tym, że to znowu Lissa została postawiona na piedestale wszystkiego. Najwidoczniej jednak tak już musi być - ku mojemu osobistemu niezadowoleniu.
                    Ta część zdecydowanie nie należy do moich ulubionych - właściwie mam nieodparte wrażenie, że im mniej wydarzeń dzieje się w Akademii, tym mniej podobają mi się rozgrywane wydarzenia. W szkole imienia Świętego Władimira Mead potrafiła stworzyć niezapomniany nastrój, do którego chciało się wracać a od którego nie można było się oderwać, chcąc poznać kolejne linijki tekstu. To jednak zatarło się wraz z opuszczeniem szkoły przez Rose, zaś jej powrót z Rosji był tak niesamowicie krótki, iż nie sposób było się na nowo wczuć. Z jednej strony cieszę się, że czeka na mnie jeszcze jedna część, zaś z drugiej, jak już wspomniałam kilka akapitów wcześniej, nie mogę pozbyć się przekonania, że to właśnie Przysięga Krwi i definitywna śmierć Dymitra mogłyby ładnie zamknąć całą fabułę książki. 

P. 


środa, 29 sierpnia 2018

7. Richelle Mead - Przysięga Krwi



Tytuł: Przysięga Krwi 
Seria: Akademia Wampirów 
Autor: Richelle Mead
Liczba stron:488
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Są dni, kiedy budzę się z nadzieją, że wszystko, co ostatnio zaszło, to tylko sen. Jestem Śpiącą Królewną, a koszmar, jaki przeżywam, lada moment się rozwieje i będę mogła poślubić ukochanego księcia, a potem żyć z nim długo i szczęśliwie.
Tymczasem nic w mojej najbliższej przyszłości nie zapowiada szczęśliwego zakończenia. Książę? Cóż, to długa historia. Mężczyzna, którego kochałam, przemienił się w wampira, a dokładnie w strzygę. Niedawny atak na Akademię Świętego Władimira zatrząsł całym światem morojów. Wielu zginęło. Ale los niektórych uprowadzonych okazał się gorszy niż śmierć…Szyję Rose zdobi teraz tatuaż doświadczonej zabójczyni strzyg. Ona myśli jednak tylko o Dymitrze Bielikowie. Musi zawędrować na koniec świata, żeby go odnaleźć i dotrzymać złożonej mu przysięgi. Nie wie jednak, czy ukochany nadal pragnie, by go ocaliła…Czy znajdzie w sobie siłę, by zabić Dymitra? A może poświęci samą siebie w imię wiecznej miłości? Jak pod jej nieobecność poradzi sobie Lissa? 

                    Wydarzenia, jakimi zakończyła się poprzednia część serii, były idealnym otwarciem dla kolejnej - to nie podlegało żadnym wątpliwościom. Tym razem autorka również zdecydowała się na podzielenie miejsc wydarzeń na dwie odległe od siebie lokacje, które nadal obserwujemy z perspektywy głównej bohaterki.
                   Rose, zdeterminowana do tego, by spełnić obietnicę daną Dymitrowi, pragnie odszukać kochanka przemienionego wbrew jego woli w strzygę - krwiożerczą bestię, która, nie posiadając duszy, nie przejawia żadnych cech, które przypominałyby o dawnym uczuciu; przynajmniej w to chce wierzyć młoda dampirka, która po opuszczeniu Akademii Świętego Władimira udała się w samotną podróż, której celem ma być odnalezienie i zabicie ukochanego. Szczerze wierzy, że rodzinne strony dawnego strażnika, mroźna i groźna w wyobrażeniach wszystkich ludzi Syberia, będzie miejscem ich ostatecznego starcia, w którym jedno z nich będzie musiało pożegnać się z życiem - na zawsze. Początkowo jednak nic nie zwiastuje powodzenia tej misji. Codzienne zwiedzanie największych rosyjskich miast przeplatało się z nocnym polowaniem, którym Rose zwróciła na siebie uwagę alchemików - osób posiadających wiedzę na temat świata wampirów i zrzeszonych do tego, by ukrywać ten fakt przed ludźmi. Sydney, mimo początkowej niechęci, a jednocześnie poprzez rozkazy idące z góry, zdecydowała się towarzyszyć Rose w dalszej podróży i pomóc odnaleźć jej niewielkie miasteczko gdzieś na południu mroźnej krainy, gdzie istniała jedna z wielu społeczności wampirów, wśród której wychowywał się Dymitr. Ostatecznie, dzięki wsparciu tajemniczego moroja, dziewczynom udaje się dotrzeć prosto do rodzinnego domu dawnego strażnika.
                   Tam mamy okazję poznać jego rodzinę oraz okolicę tak bliską jego sercu, do której zawsze powracał myślami i bardzo ciepłymi słowami. Poznajemy jego matkę, trzy siostry, a także ich dzieci oraz seniorkę rodu, wspomnianą przez niego wcześniej babkę, która wyglądem przypominała prawdziwą wiedźmę. Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałam za sielankowymi obrazami przedstawianymi w książkach. Tym razem Rose zostaje ciepło przyjęta przez wszystkich członków rodziny, którym przekazuje wiadomości o tym, co wydarzyło się podczas napadu na Akademię. Co więcej - wszyscy dość szybko orientują się w stosunkach, jakie łączyły młodą dampirkę z Dymitrem. Nikt nie zwraca uwagi na różnicę wieku czy zawodowe zażyłości. Rose była traktowana niczym wdowa po zmarłym tragicznie mężu - otrzymała wsparcie, rodzinne ciepło, miłość i, przede wszystkim, zrozumienie, których brakowało jej w ostatnim czasie ze strony najbliższych osób w szkole. Nie byłam tym zachwycona, ale jednocześnie nie czułam zażenowania czy przesady; myślę, że był to raczej nudniejszy, bardziej spokojny fragment książki, ale z perspektywy dalszych wydarzeń - podobał mi się on dużo bardziej niż to, co działo się później, kiedy Rose udała się do większego miasta i tam została odnaleziona przez Dymitra, który uwięził się w rezydencji swojej dawnej trenerki, która również przemieniła się w strzygę. 
                   Od tego konkretnego momentu książka bardzo straciła na wartości. Nie spodziewałam się fajerwerków, walki na śmierć i życie, ale jednocześnie to, co podsunęła czytelnikom Mead było.. kiepskie. Nie umiem inaczej tego określić. Do tej pory strzygi były przedstawiane jako bezwzględne, stanowcze, skupione na zabijaniu. Zamiast tego otrzymujemy jednak Dymitra z przebłyskami dawnego siebie, który próbuje nakłonić Rose do poświęcenia swojej duszy na rzecz nieśmiertelnego życia z nim u boku. Jakby tego było mało - nieustannie podsuwa jej pod nos drogocenne prezenty pokroju biżuterii i ubrań, dokarmia ją pizzą i kanapkami, a na sam koniec uzależnia od swoich ugryzień. Śledziłam te wydarzenia, ciekawa rozwiązania całej sprawy, ale jednocześnie nie umiałam pozbyć się dziwnego uczucia zażenowania. Rozumiem, że to książka dla młodzieży, ale w niektórych momentach autorka idzie na tak cholernie słabą łatwiznę, że chce mi się nad tym płakać. Naprawdę, wolałabym dostać opowieść o połowę krótszą, ale bez takich absurdalnych momentów, nawet jeżeli miały one jakąś gruntowną podstawę ze względu na relację, jaka niegdyś łączyła Rose i Dymitra. Wszystko w tej rezydencji było doskonałe, piękne i nowoczesne, a jednak osłabionej wampirzycy udaje się wykiwać dwie strzygi, a na sam koniec uciec w środku nocy przez labirynt z żywopłotu, przez który nie znała drogi, zaś Dymitr, co prawda osłabiony po walce ze swoimi przeciwnikami, odnalazł ją dopiero po czasochłonnym pościgu. Opisy były niesamowicie chaotyczne, szczególnie podczas ostatecznego starcia na moście, kiedy tak naprawdę nie nadążałam za tym, co w ogóle się działo - kto wchodził do góry, kto schodził na dół, kiedy trafiano na wodę i kto do niej wszedł. Szczerze? Nie umiem sobie wyobrazić nawet tego momentu, w którym Rose rozprawia się z mężczyzną i pozwala mu spaść do rzeki płynącej pod nimi. Nie umiem i chyba nawet nie chcę, bo byłam już tak zmęczona tą konkretną lekturą, że chciałam jak najszybciej się od tego uwolnić. 
                   W międzyczasie, na domiar złego, otrzymaliśmy informacje o tym, co działo się u Lissy, której zachowanie pod wpływem nowej znajomej pozostawiało wiele do życzenia. Nieustanne zabawy, brak szacunku do panujących zasad oraz ogólne, niekoniecznie sympatyczne nastawienie, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni. Oczywiście, pachniało podstępem od samego początku, ale osobiście nie skupiałam się na tych fragmentach tak mocno z prostej przyczyny - nie były istotne dla rozwoju fabuły. Mead zdecydowała się na to chyba tylko po to, by zapełnić czymś kilka stron, a na sam koniec dać Lissie i Rose okazję do tego, aby się pogodziły. Na mnie niestety nie zrobiło to żadnego wrażenia, a wręcz znudziło mnie to, z czym musiała borykać się Dragomirówna. Być może jestem nieobiektywna ze względu na niechęć do tej konkretnej postaci, ale nie umiem się do niej przekonać, skoro najlepszą częścią tej bohaterki jest związek z Christianem, który doskonale radzi sobie bez eskorty ukochanej morojki. 



P.

piątek, 3 sierpnia 2018

6. Richelle Mead - Pocałunek Cienia



Tytuł: Pocałunek Cienia
Seria: Akademia Wampirów
Autor: Richelle Mead
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 

Moroje mają zdolności magiczne. Zwykle specjalizują się w jednym z czterech żywiołów - wykorzystują wodę, ogień, powietrze lub ziemię. Lissa stanowiła wyjątek. Pracowała z piątym żywiołem - ducha, o którego istnieniu mało kto słyszał. Moja przyjaciółka posiadała dar uzdrawiania, a nawet wskrzeszania zmarłych. To dzięki niemu nawiązała się między nami szczególna psychiczna więź. Zostałam z nią połączona, nosiłam "pocałunek cienia".

Od czasu, kiedy Rose pokonała w walce strzygi, dręczą ją ponure myśli. Zaczyna widzieć duchy, które ostrzegają przed złem, jakie gromadzi się coraz bliżej bram Akademii. Dziewczynie coraz trudniej tłumić uczucia do Dymitra. Wie, że nie wolno jej pokochać innego strażnika. Ale czasem trzeba łamać reguły… Gdy zaprzysiężony wróg Lissy i Rose, Wiktor Daszkow, stanie przed sądem, napięcie w arystokratycznych wampirzych kręgach sięgnie zenitu. W straszliwej bitwie Rose będzie musiała wybierać między życiem, miłością oraz dwiema najbliższymi osobami… Czy jej decyzja oznacza ratunek tylko dla jednej z nich? 



                   Towarzyszące mi rozczarowanie związane z lekturą drugiej części serii Akademia Wampirów - W szponach mrozu - nie przeszkodziło w sięgnięciu po kolejną książkę z cyklu historii o dampirce Rose oraz jej najlepszej przyjaciółce, księżniczce morojce Lissie. 

Nie podchodziłam do książki sceptycznie. Mam wrażenie, że do literatury młodzieżowej należy podchodzić z przymrużeniem oka, które pozwalała cieszyć się każdą kolejną stroną, nie zaś ze sceptycyzmem, jaki odbiera całą radość z czytania. Nie inaczej było w przypadku tej konkretnej książki, której narracja nieustannie przyprawia mnie o zawroty głowy. Ostatecznie jednak można się przyzwyczaić nawet do tego, że autorka relacjonuje wydarzenia właśnie z perspektywy głównej bohaterki, która w oczach czytelnika jaki się jako zabawna, nieustraszona i piękna dla otoczenia, w którym prym wiodą szczupłe, wysokie morojki. Na szczęście tym razem Richelle Mead zrezygnowała ze stworzenia kilku stronniczego prologu w formie monologu Rosa, która miałaby nam przypomnieć, co działo się w dwóch poprzednich częściach. Ostatnim razem to kompletnie nie wyszło, a mnie osobiście wprawiło w poczucie, jak gdyby autorka sama nie wierzyła we własne umiejętności przedstawiania informacji na tyle sensownie, by zrezygnować z konieczności ich nieustannego powtarzania. Oczywiście na przestrzeni tych czterystu stron - zauważyłam, że każda kolejna książka jest grubsza od poprzedniej; nie wiem tylko, czy to dobrze dla serii, czy niekoniecznie - ten schemat jest możliwy do wychwycenia. Nieustannie dostajemy informacje o tym, jak prezentuje się hierarchia wśród wampirów, czym dokładnie charakteryzuje się żywioł ducha, którym włada Lissa, a także jakie istnieją różnice pomiędzy poszczególnymi odmianami stworzeń nocy, które Mead sprytnie podzieliła na morojów, dampirów oraz krwiożercze strzygi. Za to nieustannie ma u mnie duży plus, ponieważ nie spotkałam się jeszcze w tej konkretnej literaturze - o wampirach - z takim rozłamem, w którym jedna rasa lub kilka jej odmian walczą między sobą. Zawsze były to przecież znajome z popkultury wiedźmy czy szalejące w pełni wilkołaki. 
                   Tym razem wracamy do Akademii, gdzie Rose, jak i reszta uczniów, zmagają się ze skutkami zimowej wyprawy na stok narciarski, gdzie w pobliskim miasteczku doszło do konfrontacji ze strzygami. W potyczce zginął przyjaciel i niedoszły ukochany dampirzycy - szkolący się na strażnika Mason - co odbiło się mocno na stanie psychicznym głównej bohaterki, a czego skutki możemy obserwować wraz z rozwojem wydarzeń. Autorka przyzwyczaiła nas jednak do tego, że niczego nie wprowadza do swoich historii przypadkowo, toteż możemy być pewni, że raz pojawiający się motyw albo będzie powracał co jakiś czas, albo zostanie wykorzystany w przyszłości jako wskazówka, której czytelnik w pierwszym momencie może nie zarejestrować. Dodatkowo w szkole rozpoczynają się ćwiczenia polowe - dampiry, które mają w przyszłości objąć stanowiska strażników morojów - zostają zwolnieni z zajęć lekcyjnych, a ich obowiązkiem jest strzec kolegów przed wyreżyserowanymi atakami wykładowców. Przez większą część Pocałunku Cienia obserwujemy zatem zmagania poszczególnych osób z tym konkretnym zadaniem, całą uwagę skupiając przede wszystkim na Rose, której przypadła opieka nad Christianem Ozerą, nie zaś, jak wszyscy przypuszczali, nad najlepszą przyjaciółką, którą zaopiekował się torturowany w poprzedniej części przez strzygi Eddie. W międzyczasie powraca również uwielbiany przez czytelniczki Adrian, którego zainteresowanie Rose oraz Lissą nieustannie wzrasta, co prowadzi do zaostrzenia się konfliktu z ukochanym morojki. 
                   Dodatkowo niczym bumerang powraca kwestia Wiktora Daszkowa - moroja i pretendenta do królewskiego tronu, który w pierwszej części chciał wykorzystać umiejętności Lissy do uleczenia własnej choroby. Oczekujący na proces przestępca jest skłonny posunąć się nawet do szantażu i wyznania przed sądem prawdy o uczuciach, jakie łączą nieletnią Rose z jej instruktorem. Ostatecznie zostaje on skazany na dożywotnie więzienie, ale posiadana przez niego wiedza nie daje spokoju dampirzycy - to samo w sobie również daje sporo do myślenia, nawet jeżeli na rozwiązanie tej zagadki musimy odrobinę zaczekać. 
W moim własnym odczuciu ta książka rekompensuje nam wszystko, czego zabrakło w poprzedniej części - nie czytamy o możliwościach walki z coraz śmielej poczynającymi sobie strzygami, ale obserwujemy wartką, szybko idącą do przodu akcję, przy której nie można się nudzić. Zwłaszcza, kiedy główna bohaterka boryka się ze zjawami pojawiającymi się w najmniej odpowiednich momentach. Szczerze? Nie miałam pojęcia, co autorka mogłaby tu upchnąć po tak słabej części, jaką było W szponach mrozu, ale zostałam miło zaskoczona. Mamy kwestię duchów, proces Wiktora, treningi Lissy i Adriana, którzy doskonalą swoje umiejętności w panowaniu nad żywiołem ducha, nieustannie rozwijającą się relację Rose oraz Dymitra, a na sam koniec walkę o życie morojów, dampirów i wszystkich osób przebywających na zaatakowanym przez strzygi terenie szkoły. Jakby tego było mało - na sam koniec dostajemy akcję ratunkową, w wyniku której tracimy jednego z głównych, prawdopodobnie uwielbianego przez wszystkie czytelniczki bohatera, co skutkuje dramatyczną decyzją w wykonaniu Hathaway, która wraz z ukończeniem osiemnastu lat rezygnuje z dalszej nauki i opuszcza mury akademii, tym samym rozstając się z długoletnią przyjaciółką. 
                   Wszystko znowu było na swoim miejscu, zaś Mead po raz kolejny pokazała poziom rozwiązywania wątków, do którego przyzwyczaiła nas w pierwszej części. Zagrało to idealnie, poza jednym, dość istotnym szczegółem - niech ktoś dopadnie tę cholerną Lissę. Wiem, opinia dość subiektywna, niekoniecznie na miejscu, ale najzwyczajniej w świecie nie umiem się przekonać do tej bohaterki. Nie tak w pełni, jak miało to miejsce chociażby w przypadku Christiana, którego pokochałam od momentu pierwszego pojawienia się i nie tak połowicznie, kiedy chodzi o Rose, którą w jednej chwili uwielbiam, a w drugim mam ochotę zrobić jej krzywdę. W przypadku Lissy towarzyszy mi to nieustannie, a nasila się właśnie na samym końcu tej części, kiedy to księżniczka poznała prawdę o relacji, jaka łączyła jej przyjaciółkę z Dymitrem - lepiej późno niż wcale, prawda? - a mimo to zdecydowała się na to, by padło to jedno, głupie stwierdzenie, a mianowicie: kochasz go bardziej niż mnie. Nigdy, ale to nigdy nie miałam tak ogromnej ochoty na rzucenie książką w ścianę. Mam wrażenie, że autorka nieustannie próbuje nas przekonać do postaci Dragomirówny, ale z marnym skutkiem - przynajmniej w moim odczuciu. Lissa postrzegana jest jako miła, troskliwa, spokojna, ale jednocześnie charyzmatyczna osoba, która chce przede wszystkim dobra ogółu. Dla mnie to niestety kolejna rozpieszczona arystokratka, której wyjątkowość nieco namieszała jej w główce. Nie uważam zatem, aby akurat ona zasługiwała na przyjaciółkę taką, jaką jest dla niej Rose, która do tej pory poświęcała wszystko właśnie dla  morojki. Na szczęście takie emocjonalne wzburzenie w czytelniku też trzeba umieć stworzyć, co niewątpliwie jest kolejnym plusem.
                   Obecnie przypominam sobie kolejne części - powoli kończę czwartą, a na półce czekają dwie następne, dlatego też ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy Pocałunek Cienia jest moją ulubioną. Zdecydowanie jednak wybija się ponad poprzednimi książkami z tej serii. 

P. 

niedziela, 22 lipca 2018

5. Richelle Mead - W szponach mrozu


Tytuł: W szponach mrozu
Seria: Akademia wampirów
Autor: Richelle Mead
Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 

Nazywam się Rose Hathaway. Mam siedemnaście lat i szkolę się w ochronie wampirów i zabijaniu strzyg. Jestem beznadziejnie zakochana w niewłaściwym mężczyźnie, a moja najlepsza przyjaciółka wykazuje zdolności magiczne, które mogą doprowadzić ją do obłędu.
Cóż, nikt nie powiedział, że szkoła średnia to bułka z masłem.

Zuchwały atak strzyg na szanowaną rodzinę morojów wstrząsnął uczniami Akademii. Nadchodzi przerwa świąteczna i by zapomnieć o tragedii, wszyscy wyruszają do luksusowego kurortu narciarskiego. Rose jednak trudno myśleć o wakacjach. Do grona nauczycieli dołączyła legendarna strażniczka… jej matka. Na domiar złego Dymitr interesuje się inną kobietą, Mason nie ukrywa, że z chęcią zamieniłby przyjaźń na coś więcej, a tajemniczy i arogancki nieznajomy wpada na dziewczynę częściej, niżby sobie życzyła. 
Pośród sennych zimowych krajobrazów kryje się jednak niebezpieczeństwo. Czy Rose zdoła w porę je dostrzec? 



                   Kolejna część serii stworzonej przez Richelle Mead zdecydowanie obroniła się zachowaniem klimatu, charakterami bohaterów oraz wszystkimi cechami typowymi dla opowiadań, które wyszły spod pióra tej właśnie autorki. Dlaczego zatem czytając drugą część Akademii Wampirów, nie potrafiłam pozbyć się nieodpartego wrażenia zawodu oraz niedosytu związanego z tym konkretnym dziełem?
                   Przykrą niespodzianką był dla mnie sam prolog, w którym Rose, jako narratorka całości wydarzeń, streściła nam wszystkie wydarzenia znane z pierwszej części. Fabularnie był to przeskok czasowy skupiony wokół zaledwie kilku tygodni, jednak ja, sięgając po wspomnianą książkę zaledwie dzień po tym, jak skończyłam czytać poprzednią, czułam się tak, jak gdybym dostawała na tacy odgrzewany kotlet. Staram się zrozumieć zamysł autorki, jednak w mojej opinii zadaniem prologu jest zachęcenie czytelnika do kontynuowania przygody z daną książką oraz sprawienie, by dalsze losy bohaterów czytał z wypiekami na twarzy. W tym przypadku został osiągnięty efekt zupełnie odwrotny; czułam znużenie już od pierwszej strony. Jedynym argumentem, jaki przychodzi mi do głowy, by opowiedzieć się zdecydowanie za takim zabiegiem jest fakt, że niektórzy mogliby sięgnąć po tę część zupełnie przypadkowo, bez zapoznania się z jej poprzedniczką - w porządku. Wtedy takie streszczenie działa bardzo dobrze, jednak szczerze wątpię, że przy popularności tej serii ktokolwiek zdecydował się na pominięcie pierwszej części przygód dampirki Rose. 
                   Książkę niewątpliwie możemy podzielić na dwie części; wydarzenia, które mają miejsce w Akademii Świętego Władimira oraz te, które skupiają się na wyjeździe do luksusowego kurortu narciarskiego - miała być to forma odreagowania stresu związanego z niepokojącymi wydarzeniami ze świata morojów. Rose, mająca odbyć egzamin poza murami szkoły, wraz ze swoim instruktorem oraz obiektem westchnień - Dymitrem - udała się zatem do domu jednego z najwybitniejszych strażników. Na miejscu doszło jednak do masakry z udziałem strzyg - najniebezpieczniejszych stworzeń w świecie wykreowanym przez Mead. Dodatkowym czynnikiem budzącym strach stały się również zerwane osłony, które sugerowały, że udział w wydarzeniach mieli ludzie. W świecie wampirów zapanował zatem chaos; rodziny królewskie nie czuły się bezpiecznie, wiele osób zrezygnowało z przyjazdów do rodziny, zaś sama Rose przeżywała własne dramaty związane z pojawieniem się w szkole jej matki. Rozwiązaniem na to wszystko, przyznaję, że dość niekonwencjonalnym, miał się okazać wyjazd na stok narciarski przystosowany do potrzeb morojów z najważniejszych rodów. To właśnie tam nasi bohaterowie mogli odreagować, zawęzić dotychczasowe relacje, ale jednocześnie nawiązać nowe. Warto tutaj wspomnieć o pojawieniu się nowych postaci takich jak Tasza Ozera - ciotka Christiana, morojka zaprawiona w boju i zwolenniczka rewolucyjnych nastrojów, a także długoletnia przyjaciółka Dymitra, z którym była gotowa stworzyć związek - czy Adrian Iwaszkov - krewny królowej, szczerze zainteresowany nie tylko Rose, ale również jej relacją z Lissą oraz tajemniczą więzią, która stała się okazją do zapoznania się z szerszym zastosowaniem tak zwanej mocy ducha, jaką dysponowała księżniczka. Niestety, to było zdecydowanie za mało; sympatyczna Tasza czy ironiczny, wiecznie upojony alkoholem Adrian nie mogli udźwignąć całego ciężaru odpowiedzialności za to, by książka stała się bardziej interesująca. Poza motywem przewodnim - coraz śmielszymi atakami ze strony strzyg we współpracy z ludźmi - nie otrzymaliśmy niczego nowego. Brakowało ewidentnego powiewu świeżości oraz czegoś, co mogłoby zaskoczyć. 
                   Zamiast tego dostaliśmy serię młodzieńczych dramatów. Domyślam się, że większość z Was zaprotestuje, bo to przecież książka dla młodzieży, ale po fenomenalnej pierwszej części osobiście spodziewałam się czegoś.. głębszego. Nieustannie powtarzany schemat momentów, w którym Rose jest przyciągana do Lissy w najmniej odpowiednich chwilach - najczęściej tych spędzanych sam na sam z Christianem, kiedy to ubrania idą w zapomnienie, tak samo, jak myśli Lissy związane z tym, co czuje przyjaciółka. Tutaj muszę nadmienić, że rola Dragomirówny została cholernie mocno spłaszczona. Tak, jak bardzo podobała mi się postawa Hathaway w stosunku do przyjaciółki - nieustanne przekonanie o tym, że jest silniejsza, bardziej wytrzymała i twarda, a na dodatek w przyszłości stanie się jej opiekunką, co nie pozwalało na zawracanie głowy blondynki własnymi problemami - tak jednak Lissą byłam bardzo rozczarowana. Wszystkie jej problemy sprowadzały się do kwestii brania leków, osłabionej magii oraz ewentualnych ćwiczeń z Adrianem, co wywoływało zazdrość Christiana. I tyle. Czasami napomknęła jedynie o tym, że Rose naprawdę powinna zacząć się z kimś spotykać. Ilekroć sięgam po tę książkę, zastanawiam się za każdym razem, jak to się działo, że obca osoba, jaką był Adrian, dość szybko zorientował się w relacji dampirki z jej trenerem, a najbliższa przyjaciółka nie potrafiła tego zrobić? Może zabrzmię niesprawiedliwie, ale w codziennym, zwyczajnym odcieniu przyjaźni, bez magicznych problemów oraz wampirzych dramatów, Lissa wypadła naprawdę słabo.
                   W moich oczach niewątpliwie zyskał Mason - przyjaciel szaleńczo zakochany w Rose. Dziwne, że to Lissa zdołała zauważyć. Zaś Hathaway, wiedziona nieszczęśliwie ulokowanymi uczuciami i zazdrością, postanowiła wykorzystać słabość chłopaka. Wyczuwałam między nimi fajną chemię, nawet jeżeli sprowadzała się ona do tej zwyczajnej, szczeniackiej, dalekiej od tej, jaką można było obserwować między Rose a Dymitrem, którego podejście bądź co bądź musiało być nieco dojrzalsze. 
                   Wyprawa do pobliskiego miasta w celu poszukiwania strzyg była misją samobójczą i należy mówić o tym głośno. Nie byłam zadowolona z takiego rozwoju wypadków, zwłaszcza, że takowy przyniósł jedynie śmierć jednego z bohaterów oraz wyeksponował bohaterską postawę Rose, która pokazała się z naprawdę dobrej strony jako lider, ale również wojowniczka. Niestety, po dziś dzień nie umiem rozszyfrować zamysłu takiego rozwiązania pewnych kwestii w książce. Co więcej mam wrażenie, że tych trzysta stron powstało jedynie po to, by zapchać jakoś czas oczekiwania na kolejną część, a zarazem wcisnąć w wydarzenia momenty istotne dla dalszego rozwoju fabuły, o czym dość szybko przekonujemy się, kiedy sięgamy po ,, Pocałunek Cienia ''. Byłam rozczarowana i osobiście uważam, że ,, W szponach mrozu '' to jedna ze słabszych, a może nawet i najsłabsza część całej serii.

P.